poniedziałek, 11 lutego 2008

Warszawa – Londyn – Maskat – Bangkok

Przez te pierwsze kilka dni podrozy na razie duzo zmian i potworny jet lag, jakiego jeszcze nie mialysmy. Czwartek spedzilysmy tak naprawde nie w Londynie, ale w Brighton na molo – bylo pieknie, swiecilo slonce. Potem niestety zrobilo sie zimno, a ze nie mialysmy pieniedzy, siedzialysmy po dwie godziny w kazdej knajpie przy jednej kawie, zeby gdzies przeczekac do wieczora. Opracowalysmy tez system spania w kawiarni tak, zeby wygladalo to jak czytanie ksiazki. Chyba dziala.

Czwartek – noc i caly piatek uplynal nam pod znakiem Oman Airlines, ktore niniejszym polecamy i ktore karmia najlepiej na swiecie. Jedzenie dostawalysmy co dwie godziny, a gdy wysiadlysmy na lotnisku w Muscacie powital nas czerwony dywan i pani, cala w uklonach, z bonem na lunch na lotnisku (to samo zreszta w autobusie nocnym w Tajlandii – tak jakby panstwo, ewentualnie firma prywatna myslaly za obywatela – zeby przypadkiem nie zapomnial czegos zjesc). Sam Oman z samolotu wyglada niesamowicie – tylko pustynia i gory, nic wiecej, ani jednej zielonej plamy.
Troche dziwnie slucha sie w samolocie instrukcji bezpieczenstwa podawanych po arabsku, ja juz sie nie boje latania, ale…. Lecialysmy z jednym panem i jego czterema zonami (“Cztery zony maja tu tylko bogacze” – tlumaczyl mi z nieskrywana zazdroscia nauczyciel historii, siedzenie obok. Sporo dowiedzialam sie zreszta dzieki niemu o Omanie w ogole).

Bangkok
W centrum Bangkoku bylysmy o drugiej w nocy i niestety wszystkie hostele byly zajete. Zasnelysmy o 5 rano, gdzies daleko poza centrum miasta.
Dwa dni w Bangkoku – dlugo spimy, popoludniami chodzimy. Spodziewalam sie Bangkoku jak z Platformy – szklanych biurowcow, wiaduktow biegnacych w rozne strony, dyskotek, prostytutek i salonow masazu. Tu niby jest to wszystko, ale do tego duzo duzo wiecej – eleganckie hotele, obok nich slumsy, dalej buddyjskie swiatynie, tysiace turystow, mnisi, Chinczycy i tysiace straganow z jedzeniem… Na samym poczatku zreszta lamiemy wszelkie, kiedys przestrzegane, zasady zywieniowego bezpieczenstwa – jemy kolacje z ulicznej budki i pijemy shaka z lodem. Kucza mowi, ze zatrucie zaczyna sie po czterech godzinach. Czekamy. Nic sie nie dzieje (choc ryzyko jest kontrolowane - naprawde w Tajlandii jest bezpiecznie).
Wloczymy sie kompletnie bez planu, ale smiem twierdzic, ze mozemy sie juz kierowac instynktem. Nie udaje nam sie przez dwa dni: wymienic czekow, kupic dioksycykliny, zwiedzic dzielnicy swiatyn (wedlug Lonenly Planet - Watykanu Wschodu) ani nawet kanalow - Wenecji Wschodu (znowu za Lonely Planet).
Udaje nam sie za to: trafic na wieczorny aerobic otylych Tajek na wolnym powietrzu, podejrzec druzyne motocyklistow pozujacych do zdjec, trafic do malej arabskiej swiatyni na wieczorne modly, wyprowadzic z rownowagi taksowkarza, ktorego przekonujemy (po tajsku!), ze dworzec jest w zupelnie innym kierunku niz mu sie cale zycie wydawalo.
I chyba o to w tym wszystkim chodzi. A poza tym dobrze jest znowu byc tylko wlasnymi zmyslami – patrzec, wachac, sluchac.
chrzczona

Brak komentarzy: