piątek, 29 lutego 2008

Kep, Kampot

Wyjechalysmy z Ratanakiri cale pokryte kurzem, dopiero zaczynamy po kilku dniach dostrzegac kolor naszej "prawdziwej" skory. Znow dzien jazdy przez cala Kambodze, rozwalajacym sie autobusem z powybijanymi szybami, poukladane w szeregi wraz z innymi pasazerami (zeby zmiescilo sie jak najwiecej) po zapiaszczonych drogach przez dzungle... I tak wczoraj dotarlysmy nad morze, do miejscowosci, ktora kiedys byla glownym osrodkiem wypoczynkowym dla krola i innych moznych Kambodzy (jeszcze za czasow Francuzow), a w czasie wojny domowej zostala prawie zrownana z ziemia. Robi wrazenie - pelno zniszczonych, opustoszalych willi i hoteli, w niektorych pomieszkuja tutejsi biedacy. Chyba tu tez zlapalysmy ostatni moment przed pojawieniem sie inwestorow, nowych hoteli i turystow. Na razie nie ma prawie nikogo, jest pieknie i pusto. Nie ma niestety tez internetu, wiec znow krotki wpis, bo jestesmy przejazdem w oddalonym o 30km Kampocie.
Mamy zamiar sobie teraz tylko odpoczywac, osiagamy juz mistorzostwo w jezdzie na motorach (tez tych z biegami, czasem we trzy na jednym i w roznych innych kombinacjach). Jutro plyniemy na wyspe, na ktorej wlasnie wybudowano pierwsze buga lowy, wiec tez ma byc pusto, a pieknie jak w Tajlandii. Zobaczymy...
Obiecuje jeszcze jeden wpis ze zdjeciami, bo mnostwo mamy wrazen, ale z internetem nie jest naprawde za dobrze, dochodzi jeszcze zgrywanie zdjec itp, a czasu mamy tak strasznie malo...:(
chrzczona

Brak komentarzy: