piątek, 29 lutego 2008

Kep, Kampot

Wyjechalysmy z Ratanakiri cale pokryte kurzem, dopiero zaczynamy po kilku dniach dostrzegac kolor naszej "prawdziwej" skory. Znow dzien jazdy przez cala Kambodze, rozwalajacym sie autobusem z powybijanymi szybami, poukladane w szeregi wraz z innymi pasazerami (zeby zmiescilo sie jak najwiecej) po zapiaszczonych drogach przez dzungle... I tak wczoraj dotarlysmy nad morze, do miejscowosci, ktora kiedys byla glownym osrodkiem wypoczynkowym dla krola i innych moznych Kambodzy (jeszcze za czasow Francuzow), a w czasie wojny domowej zostala prawie zrownana z ziemia. Robi wrazenie - pelno zniszczonych, opustoszalych willi i hoteli, w niektorych pomieszkuja tutejsi biedacy. Chyba tu tez zlapalysmy ostatni moment przed pojawieniem sie inwestorow, nowych hoteli i turystow. Na razie nie ma prawie nikogo, jest pieknie i pusto. Nie ma niestety tez internetu, wiec znow krotki wpis, bo jestesmy przejazdem w oddalonym o 30km Kampocie.
Mamy zamiar sobie teraz tylko odpoczywac, osiagamy juz mistorzostwo w jezdzie na motorach (tez tych z biegami, czasem we trzy na jednym i w roznych innych kombinacjach). Jutro plyniemy na wyspe, na ktorej wlasnie wybudowano pierwsze buga lowy, wiec tez ma byc pusto, a pieknie jak w Tajlandii. Zobaczymy...
Obiecuje jeszcze jeden wpis ze zdjeciami, bo mnostwo mamy wrazen, ale z internetem nie jest naprawde za dobrze, dochodzi jeszcze zgrywanie zdjec itp, a czasu mamy tak strasznie malo...:(
chrzczona

niedziela, 24 lutego 2008

Z Ratanakiri

Jestesmy na koncu swiata, na polnocy Kambodzy. Wreszcie dziko i bezludnie... Idziemy chyba na trekking parodniowy, w dzungle, tropic dzikie zwierzeta, wiec pewnie nas nie bedzie na internecie. Dzis dla Was specjalnie z jedynego internetu w calym regionie. Sciskamy,
A.

piątek, 22 lutego 2008

Tomb Raider 2 - zdjecia z planu

Tak jak obiecywalysmy, ponizej zamieszczamy zdjecia z planu sequela kultowej ekranizacji gry komputerowej z Lara Croft w roli glownej. Naszym skromnym zdaniem zapowiada sie calkiem niezle...

Obsada (od lewej): Manfred Powell, Alex West, Aged Buddhist Monk

Akcja!!!






Urodzinowo...

Kochani!

Serdecznie dziekuje za wszystkie zyczenia smsowe i mailowe. Jest mi bardzo milo, ze o mnie pamietaliscie. I w ramach moich urodzinowych zyczen: wszystkiego Wam najlepszego! ;)

Caluje,
qczi

czwartek, 21 lutego 2008

Kraj 1 USD

Od niedzieli jestesmy juz w Kambodzy. Zrezygnowalysmy z wyprawy do Laosu, bo czasu mamy mniej niz nam sie wydawalo. Wolimy zwiedzic mniej panstw, a miec poczucie, ze rzeczywiscie je zwiedzilysmy, niz zameczyc sie objazdowka w ekspresowym tempie. Wkoncu przyjechalysmy tu na wakacje... :)



Na granicy w imieniu Kambodzan przywitalo nas Tourist Transport Association, czyli lokalna mafia transportujaca turysow do Siem Reap, twierdzac ze innego sposobu nie ma. Ich wersje potwierdzaja wlasciciele okolicznych hoteli, ktore nie wiedziec czemu reklamuja sie napisami "Karaoke" i zdjeciami pol nagich pan - jakis nierzad czy co?! ;) Nie bylybysmy jednak soba gdybysny nie wytargowaly ceny nizszej o 4 dolary niz pozostali. (Tu szczegolnie niskie uklony w strone kolezanki Biernat, ktora targuje sie absolutnie ze wszystkimi o absolutnie wszystko.) W efekcie ladujemy w czarnej toyocie camry, ktora juz wkrotce okaze sie ulubiona marka mieszkancow Kambodzy, nie wiedziec czemu z kierownica po prawej stronie mimo prawostronnego ruzhu (czycby wczesniej byl to ulubiony samochod Tajow?). Na szybie widac wyrazne pekniecia w ksztalcie kul. Barzdo szybko przekonujemy sie jednak, ze to kamienie z drogi, ktorej stanu nie oddal by slowami sam Mickiewicz. Sprobuje zatem Wam to zwizualizowac. Wezcie kartke papieru, dokladnie ja pognieccie (dopuszczalne zgniecenie w kulke), nastepnie rozprostujcie, ale nie przesadnie, zrobcie w niej kilka dziur, po czym posypcie kocim zwirkiem. Teraz dodajcie jeszcze tumany kurzu i jestesmy w domu!


Po trzech godzinach takiej trasy docieramy do Siem Reap, ktore jest miastem wypadowym do Angkor Wat. Tam spedzamy kolejne trzy dni. O tym kompleksie swiatyn bedacych swiadectwem kunsztu i bogactwa kultury Khmerow napisano juz chyba wszystko co sie da, dlatego tez my sobie darujemy odsylajac do niezastapionego google, badz wikipedii. ;) Angkor Wat ma to do siebie, ze poza biletem wejsciowym, wszytsko kosztuje w nim 1 USD: woda, pranie, flety, pocztowki, branzoletki, ciastka i papier toaletowy. Na pytanie: How much?, zawsze w odpowiedzi slyszy sie magiczne: lan dolar lejdi, for ju weri czip!


Zdradze, iz udalo nam sie w jednej ze swiatyn (Ta Phrom), w ktorej krecono pierwsza czesc Tomb Raider'a przydybac ekipe krecaca sequel tego arcydziela amerykanskiej kinematografii. Zdjecia z planu juz wkrotce...
qczi

wtorek, 19 lutego 2008

Jeszcze o Tajlandii













Zlosliwych komentatorow i innych zatroskanych przepraszamy za czasowe wstrzymanie dzialalnosci na blogu. Prosze zrozumiec, ze to sa nasze wakacje. Niemniej usiadlysmy dzis z Kucza i postanowilysmy strescic ostatni tydzien wyjazdu - wybaczcie grafomanstwo, ale sie spieszymy (ladowanie zdjec trwa strasznie dlugo).


Tu jeszcze dawno obiecane dzienniki motocyklowe:


Dzien pierwszy:



Zaczynamy od kupna mapy, wizyty w informacji turystycznej i wykreslenia z mapy wszystkich miejsc, gdzie jezdza wycieczki turystow. Potem wypozyczenie motorow. Przekonujemy pania w wypozyczalni, ze w Europie to jest w zasadzie nasz podstawowy srodek lokomocji, urodzilysmy sie na motorach itp. Nasze oszustwo szybko wychodzi na jaw, kiedy Anka probuje bezskutecznie ruszyc z miejsca. Po czterokrotnej demonstracji laduje na scianie, razem z wlascicielka wypozyczalni zreszta, ktora zaczyna tracic cierpliwosc. Nie wiem, co dziala - wytlumaczenie, ze w Europie motory inaczej wygladaja, czy po prostu nasze dolary, w kazdym razie w koncu jakos odjezdzamy, zegnane przez grobowe "Good luck" wszystkich obecnych.



Zeby wyjechac z miasta trzeba dwa razy skrecic w prawo (lewostronny ruch - przypominam). Pierwszy wypadek - Anka, na skrzyzowaniu. Nic strasznie powaznego. Na poczatku nie wiecej niz 20 - 30 km na godzine. Ale jedziemy. Krajobrazy przepiekne, kompletny brak turystow. Stanowimy lokalna atrakcje, gdziekolwiek sie nie pojawimy. Jakos mi to bardziej odpowiada, nie ma tego okropnego uczucia zoo-cepelii - my sie przygladamy, ale miejscowi nam tez. Jest sprawiedliwie.


Po poludniu leje deszcz, nie spodziewalysmy sie tego, jestesmy bez kurtek, wieczorem jest juz bardzo zimno. Jest ciemno, gdy docieramy do miasta przy granicy z Birma i Laosem. Drugi wypadek - probuje zawrocic na drodze, prowadzac motor lapie za gaz - motor jedzie dalej sam, uderza w budynek, slychac tylko brzek szkla. Jestem pewna, ze to juz koniec wyprawy, ale nie - tylko lusterko. Nocujemy w hostelu, ktory lata swietnosci ma juz dawno za soba. Ale za to pyszna kolacja - w miejscowym comedore, dostajemy wlasny grillo-garnek i do tego surowe mieso, warzywa, owoce morza....

Dzien drugi

Ruszamy wczesnie. Kupuje drugie lusterko. Probuje znalezc lekarza, bo dostalam uczulenia na doksycykline. Bezskutecznie. Odstawiam leki na malarie, trudno. Docieramy do miejsca, gdzie spotykaja sie trzy rzeki i trzy panstwa - Birma, Laos i Tajlandia. Wrazenie robi bardziej swiadomosc geograficzno-polityczna niz widok sam w sobie. Znow pojawiaja sie tlumy turystow i akcenty z krainy groteski. W Golden Triangle (bo tak nazywa sie splot trzech panstw) nie moze przeciez zabraknac swiatyni, a tam posagu "Happy Buddy", z ktorego brzucha wychodza dwie szyny i pna sie kilka metrow w gore. Na ich koncu znajduje sie drabinka i tuby wchodzace w paszcze lwow. Nalezy wrzucic do tuby monete wypowiadajac zyczenie, ta wpada w paszcze lwa i szynami z predkoscia, ktorej pozazdrosciloby jej TGV wpada w brzuch usmiechnietego grubasa. Tak - to moze przyniesc jedynie szczescie.

Jezdzimy juz zdecydowanie szybciej - 50, 60 km/h. Zaczyna nam to sprawiac przyjemnosc. Skrecamy w mniejsze drogi, zwiedzamy male wioski i swiatynie. Pytamy po drodze o Tham Paa Archa Tong - Swiatynie, Gdzie Mnisi Jezdza Konno. Jakis pan pisze nam na kartce po tajsku: "Prosze powiedziec mi, gdzie jest Tham Paa Archa Tong". Gdy dojezdzamy do miejscowosci w poblizu swiatyni znow zaczyna padac. Pytamy o dalsza droge, pewna Tajka probuje nam wytlumaczyc, nie rozumiemy sie, w koncu siada na motor, my za nia. Leje coraz bardziej, ale nie mozemy sie juz zatrzymac, jedziemy za przewodniczka. Widoki sa niesamowite - gory, pola ryzowe, male drewniano-trzcinowe domki. Na koncu strasznie ostry podjazd pod gore. Jestesmy. Dla mnie wielkie wrazenie. Balam sie, ze dokument, zrobiony na hollywodzka modle, jest troche ezgzaltowany i upieksza rzeczywistosc, ale nie - wszystko wyglada podobnie. Jest juz bardzo pozno, wiec umawiamy sie z "siostra przelozona" - jedyna kobieta w klasztorze - ze przyjedziemy na ceremonie nastepnego dnia rano. "Tylko uwazajcie po drodze, jest slisko" - krzyczy za nami. Wyjezdzam zza zakretu, Kucza juz lezy, Anka za chwile tez. Nie wiem, co robic, jest strasznie stromo i boje sie puscic motor. Nasza pani Tajka zbiera Kucze z gory, pomaga jakis pan miejscowy. Kucza wyglada kiepsko - podarte spodnie, zdarta skora z ramion, rak, kolan itd. Jakos sie jednak zbiera i w koncu, gdy jest juz ciemno i bardzo zimno udaje nam sie znalezc nocleg. Na szczescie sasiadka gospodarza jest pielegniarka i daje nam srodki do opatrzenia ran.

Dzien trzeci


Wstajemy przed 6, zeby zdazyc dojechac na ceremonie. Docieramy akurat na czas (glownie dzieki temu, ze kolezanka Biernat - lider peletonu odwazyla sie na 65 km/h - brawo Ania!). Wszedzie na swiecie duchownych utrzymuja wierni - buddyzm ma swoja wersje dawania na tace, zdecydowanie bardziej wdzieczna. Kazdego ranka wierni przynosza do swiatyn jedzenie dla mnichow, jesli wstanie sie odpowiednio wczesnie rano mozna zobaczyc mnichow zmierzajacych w strone swiatyn z miskami w dloniach.


Do tej swiatyni pielgrzymi przyjezdzaja specjalnie z daleka, na miejscu na gorze sa sklepiki, gdzie mozna kupic gotowe zestawy - kosze z jedzeniem, zupkami w proszku, woda, latarkami, parasolkami i innymi dziwnymi rzeczami. Dookola placu ustawione sa stoly, za nimi przybyli wierni rozstawiaja swoje dary. Ktos bije w dzwon, wjezdzaja mnisi na koniach, rozpoznaje "opata" z filmu i paru mlodych chlopakow. Pielgrzymi zrywaja sie i rozpoczyna sie upychanie prezentow w miskach mnichow. Wszystkie oczywiscie sie nie mieszcza, w koncu na srodku placu tworzy sie wielka gora darow. Niemozliwe, zeby wszystkie byly zuzywane przez okolo dwudziestu mnichow i nowicjuszy. Widocznie po ceremonii, nienaruszone, wracaja do sklepikow. Pelny recykling. Byloby w tym cos oburzajacego, gdyby nie to, ze zebrane w ten sposob pieniadze sluza im do pomocy miejscowym dzieciom, organizacji szkol itp.

Opat blogoslawi zebranych, wyglasza kazanie. Wszyscy spiewaja. Jestesmy jedynymi bialymi, "siostra przelozona" mowi, ze duzo ich tu jeszcze nie przyjezdza. Glownie miejscowi, ktorzy wierza, ze mnich - byly bokser ma wyjatkowa moc. Niestety obawiam sie, ze za kilka lat ta gora stanie sie tylko kolejnym punktem programu dwudniowej wycieczki po okolicy, upchnieta gdzies miedzy jazde na sloniu a wizyte w "prawdziwej wiosce u lokalnej spolecznosci".

Po ceremonii mnisi ida na sniadanie, potem nowicjusze (to ci najmniejsi na zdjeciu) maja lekcje w zbudowanym na te potrzeby szalasie szkolnym, a starsi pracuja. My spedzamy czas z "szefowa" i jej siostra, ktora przyjechala w odwiedziny. "Siostra przelozona" nie jest co prawda mniszka (w Tajlandii ich nie ma), ale jest w niej zdecydowanie cos z zakonnicy - spokoj, blogi usmiech i zapach formaliny. O sobie mowi malo - tylko to, ze przyjechala tu trzy lata temu medytowac i juz zostala. Za to wiecej historii, w samych superlatywach, slyszymy o opacie - o tym, jak 17 lat temu pewien bokser postanowil zostac mnichem i zalozyl konny zakon. Opat jest tu otaczany czcia niemal jak bostwo. Choc to chyba u Tajow normalne - portrety krola wisza we wszystkich swiatyniach, z duma podkresla sie, ze krol tez byl mnichem (dopiero potem, w nawiasie kwadratowym, polgebkiem i mimochodem, nasi rozmowcy dodaja, ze wladca wytrwal w nowicjacie przez 15 dni!!!)
Siostry zabieraja nas na wzgorze ze swiatynia i jaskinia medytacji. Po drodze ogladamy konie. W klatkach trzymane sa koguty, czczone w Kambodzy, urzadza im sie tu walki . "W poprzednich wcieleniach byly wojownikami, dlatego teraz tak lubia walczyc" - tlumaczy przelozona. Buddyzm jest bardziej praktyczna religia niz nasza, pozwala znalezc na wszystko dobre wytlumaczenie. Jaka ulge przynosi na przyklad twierdzenie, ze z wszystkim zlym, co spotka nas w zyciu, my sami nie mamy nic wspolnego, to placenie za winy naszych poprzednich wcielen. Albo ze aby byc dobrym czlowiekiem, najpierw trzeba sie jednak najesc etc., bo inaczej nic z tego nie bedzie - piramida Maslowa po prostu.
Z gory roztacza sie widok na przeciwlegle wzgorze i "zabudowania klasztorne" (klasztor jest nie do konca adekwatna nazwa, mnisi spia w szalasach). Slychac spiewy mnichow. Swiatynia jest dosc groteskowa - obok zlotych figur Buddy, umieszczone zostaly naturalnej wielkosci, jaskrawo pomalowane rzezby bokserow. Jest tez jaskinia, gdzie uczymy sie medytowac.
Tego ostatniego dnia jedziemy wyzej w gory. Ja zaliczam swoj drugi wypadek, znowu przy zawracaniu, drugi raz lewe lusterko skasowane. Potem, juz bez problemu, dumnie wjezdzamy do miasta autostrada. Moj i Anki poobijany skuter oddajemy, o dziwo, bez problemu. Kucza miala niestety nowiutki skuter, na punkcie ktorego wlasciciel mial bzika i po dlugim targowaniu sie, musi oddac pieniadze za karoserie.

Nastepnego dnia juz do Bangkoku, noc spedzamy tam na dworcu autobusowym i po kilku godzinach w nastepnym autobusie ladujemy w Kambodzy.
Ale o tym juz w nastepnym odcinku.
chrzczona + qczi










piątek, 15 lutego 2008

Chiang Rai, Golden Triangle

Wrocilysmy. Bylo wspaniale. Zrobilysmy petle przy granicy z Laosem i Birma, nauczylysmy sie jezdzic na motorach, zobaczylysmy spory kawalek troche innej Tajlandii. I udalo sie wreszcie zgubic gdzies lumy turystow. Mamy teraz mnostwo rzeczy do zalatwienia, wiec jutro - pojutrze szerszy opis, a dzis tylko krotki bilans, zeby dac Wam pojecie o naszej podrozy.
Czas: 3 dni, przejechane killometry: prawie 300 (niby nie tak duzo, ale przypominam, ze w gorach, my po raz pierwszy itp.).
Upadki z motoru: 3 (kazda po jednym) + 1 upadek samego motoru (ja zeskoczylam, moj motor uderzyl w sciane).
Obrazenia: liczne otarcia naskorka, zwlaszcza Kucza
Straty materialne: kask -ja, 2 lusterka lewe - ja (tzn dwa razy zbite to samo lusterko), karoseria do wymiany (Kucza). Ance sie jakos upieklo.
Brzmi przerazajaco, ale nic zlego sie nie stalo. I bylysmy ostrozne, naprawde. I ciagle nas gna do przodu, niewylumaczalne...
A zeby dac posmak tego, jak tam jest, polecam strone http://www.buddhaslostchildren.com/ . To strona filmu dokumentalnego, pokazywanego na ostatnim doc review. Nie chcialam zapeszac, ale dotarcie do tego miejsca bylo dla mnie jednym z waznych celow tej podrozy. I udalo sie. Az musialam sie szczypac, zeby uwierzyc, ze tam jestesmy, bo to zupelnie nierealne miejsce, i nielatwo tam trafic.
Ale o tym wszystkim juz wkrotce....
A teraz w kierunku Bangkoku znow, bo zmienilysmy troche plany. Nie damy rady wszystkiego zobaczyc, wiec skoncentrujemy sie na Kambodzy, Laos mastepnym razem.
chrzczona

poniedziałek, 11 lutego 2008

Chiang Mai bez mapy

Budda nadal czuwa nad nami. Dzis rano ladujemy w Chiang Mai i po znalezieniu hostelu u Szkota, ktory mial kiedys dziewczyne z Raciborza, wypozyczamy rowery, zeby pojezdzic po okolicy. To ma byc nasza wprawka przed motorami, zwlaszcza ze ruch tu jest lewostronny. W naszym przypadku moze to jednak nie miec duzego znaczenia, jako ze zadna z nas nie ma prawa jazdy. Ruszamy oczywiscie bez mapy, to juz chyba jakas taka nonszalancja kogos, kto sie sporo najezdzil. Pogoda super – goraco, ale nie parno, slonce. Ja mam oczywiscie lekkie obawy, ze przez dioksycykline dostaniemy nadwrazliwosci na swiatlo, ale na razie jest w porzadku.
Nadal bez mapy. Najpierw kilka swiatyn buddyjskich, ktorych nie ma w przewodniku. W kolejnej, wiekszej, polaczonej z klasztorem, zaczepia nas mnich i pyta, czy mamy czas zrobic jego uczniom – nowicjuszom, lekcje angielskiego. Oczywiscie sie zgadzamy i nastepna godzine spedzamy z 15 chlopcami w wieku okolo 14 lat na rozmowach o kolorach, ulubionych sportach i potrawach. Niestety nauczyciel mowi niewiele lepiej od swoich uczniow i wywolujemy ogolne konsternacje, kiedy probujemy wytlumaczyc slowa: :”brat” i “siostra”, zaczynajac od tego, jak to mezczyzna i kobieta maja razem dzieci itp…
W kolejnej swiatyni rozmawiamy sobie z mnichem o buddyzmie i zyciu nowicjusza. I Tajlandii w ogole. I znowu sobie mysle, ze religie Wschodu cos tam takiego w sobie maja, czego nam troche brakuje. Probujemy dopytac o Birme, ale chyba nie bardzo chca tu o tym rozmawiac. Granica blisko.
Klopot z powrotem mamy juz wiekszy, kompletnie nie mamy pojecia, gdzie bylysmy, gdzie jestesmy, ani gdzie mieszkamy (nadal twierdze, ze to nasza podroznicza nonszalancja, a nie glupota). Ale ruch lewostronny na wiekszych ulicach juz prawie opanowany.
Okolica jest piekna, swiatynie niesamowite, znowu ten spokoj, buddyjskie sentencje na scianach itd. Troche przeszkadza tlum turystow i caly ten szal organizowanych atrakcji – od trekkingow, masazy, przez kursy gotowania az do kursow tajskiego boksu.
Plan filmow w restauracji obok nas: 20.00 – Prison Break, 22.00 – Desperate house wives etc.
Dlatego wlasnie, mimo ze tak tu blogo i uroczo, jutro uciekamy dalej na polnoc. Mamy zamiar objechac na motorach tzw. Zloty Trojkat – tereny przygraniczne Tajlandii, Laosu i Birmy. Tam podobno pieknie, dziko i pusto.
Nie wiem w zwiazku z tym, czy odezwiemy sie w ciagu tych kilku dni, ale na pewno niedlugo.
chrzczona

Warszawa – Londyn – Maskat – Bangkok

Przez te pierwsze kilka dni podrozy na razie duzo zmian i potworny jet lag, jakiego jeszcze nie mialysmy. Czwartek spedzilysmy tak naprawde nie w Londynie, ale w Brighton na molo – bylo pieknie, swiecilo slonce. Potem niestety zrobilo sie zimno, a ze nie mialysmy pieniedzy, siedzialysmy po dwie godziny w kazdej knajpie przy jednej kawie, zeby gdzies przeczekac do wieczora. Opracowalysmy tez system spania w kawiarni tak, zeby wygladalo to jak czytanie ksiazki. Chyba dziala.

Czwartek – noc i caly piatek uplynal nam pod znakiem Oman Airlines, ktore niniejszym polecamy i ktore karmia najlepiej na swiecie. Jedzenie dostawalysmy co dwie godziny, a gdy wysiadlysmy na lotnisku w Muscacie powital nas czerwony dywan i pani, cala w uklonach, z bonem na lunch na lotnisku (to samo zreszta w autobusie nocnym w Tajlandii – tak jakby panstwo, ewentualnie firma prywatna myslaly za obywatela – zeby przypadkiem nie zapomnial czegos zjesc). Sam Oman z samolotu wyglada niesamowicie – tylko pustynia i gory, nic wiecej, ani jednej zielonej plamy.
Troche dziwnie slucha sie w samolocie instrukcji bezpieczenstwa podawanych po arabsku, ja juz sie nie boje latania, ale…. Lecialysmy z jednym panem i jego czterema zonami (“Cztery zony maja tu tylko bogacze” – tlumaczyl mi z nieskrywana zazdroscia nauczyciel historii, siedzenie obok. Sporo dowiedzialam sie zreszta dzieki niemu o Omanie w ogole).

Bangkok
W centrum Bangkoku bylysmy o drugiej w nocy i niestety wszystkie hostele byly zajete. Zasnelysmy o 5 rano, gdzies daleko poza centrum miasta.
Dwa dni w Bangkoku – dlugo spimy, popoludniami chodzimy. Spodziewalam sie Bangkoku jak z Platformy – szklanych biurowcow, wiaduktow biegnacych w rozne strony, dyskotek, prostytutek i salonow masazu. Tu niby jest to wszystko, ale do tego duzo duzo wiecej – eleganckie hotele, obok nich slumsy, dalej buddyjskie swiatynie, tysiace turystow, mnisi, Chinczycy i tysiace straganow z jedzeniem… Na samym poczatku zreszta lamiemy wszelkie, kiedys przestrzegane, zasady zywieniowego bezpieczenstwa – jemy kolacje z ulicznej budki i pijemy shaka z lodem. Kucza mowi, ze zatrucie zaczyna sie po czterech godzinach. Czekamy. Nic sie nie dzieje (choc ryzyko jest kontrolowane - naprawde w Tajlandii jest bezpiecznie).
Wloczymy sie kompletnie bez planu, ale smiem twierdzic, ze mozemy sie juz kierowac instynktem. Nie udaje nam sie przez dwa dni: wymienic czekow, kupic dioksycykliny, zwiedzic dzielnicy swiatyn (wedlug Lonenly Planet - Watykanu Wschodu) ani nawet kanalow - Wenecji Wschodu (znowu za Lonely Planet).
Udaje nam sie za to: trafic na wieczorny aerobic otylych Tajek na wolnym powietrzu, podejrzec druzyne motocyklistow pozujacych do zdjec, trafic do malej arabskiej swiatyni na wieczorne modly, wyprowadzic z rownowagi taksowkarza, ktorego przekonujemy (po tajsku!), ze dworzec jest w zupelnie innym kierunku niz mu sie cale zycie wydawalo.
I chyba o to w tym wszystkim chodzi. A poza tym dobrze jest znowu byc tylko wlasnymi zmyslami – patrzec, wachac, sluchac.
chrzczona

niedziela, 10 lutego 2008

Do tych, ktorych antycypacja nie zabila... ;)

Od dwoch dni jestesmy w Bangkoku. Dzis wieczorem ruszamy na polnoc do Chiang Mai, ktore ma byc skarbem tajskiej kultury. Aga napisze cos wiecej o Bangkoku, jak tylko uda jej sie zalogowac na Bloga, ktory przez swoj miedzynarodowy charakter przyjaznie wita nas tajskimi zuczkami. Mnie udalo sie zalogowac po omacku, ale warszawski back office informatyczny juz zostal uruchomiony i zywimy nadzieje, ze niedlugo wszystko bedzie ok :) Poki co bedziemy pisac z jednego nicka, wiec co zlego to nie ja... ;)

Ja tylko zamelduje, ze jestesmy cale i zdrowe, choc nadal mamy jet- lag i oddaje pioro w rece panny Agnieszki...