Budda nadal czuwa nad nami. Dzis rano ladujemy w Chiang Mai i po znalezieniu hostelu u Szkota, ktory mial kiedys dziewczyne z Raciborza, wypozyczamy rowery, zeby pojezdzic po okolicy. To ma byc nasza wprawka przed motorami, zwlaszcza ze ruch tu jest lewostronny. W naszym przypadku moze to jednak nie miec duzego znaczenia, jako ze zadna z nas nie ma prawa jazdy. Ruszamy oczywiscie bez mapy, to juz chyba jakas taka nonszalancja kogos, kto sie sporo najezdzil. Pogoda super – goraco, ale nie parno, slonce. Ja mam oczywiscie lekkie obawy, ze przez dioksycykline dostaniemy nadwrazliwosci na swiatlo, ale na razie jest w porzadku.
Nadal bez mapy. Najpierw kilka swiatyn buddyjskich, ktorych nie ma w przewodniku. W kolejnej, wiekszej, polaczonej z klasztorem, zaczepia nas mnich i pyta, czy mamy czas zrobic jego uczniom – nowicjuszom, lekcje angielskiego. Oczywiscie sie zgadzamy i nastepna godzine spedzamy z 15 chlopcami w wieku okolo 14 lat na rozmowach o kolorach, ulubionych sportach i potrawach. Niestety nauczyciel mowi niewiele lepiej od swoich uczniow i wywolujemy ogolne konsternacje, kiedy probujemy wytlumaczyc slowa: :”brat” i “siostra”, zaczynajac od tego, jak to mezczyzna i kobieta maja razem dzieci itp…
W kolejnej swiatyni rozmawiamy sobie z mnichem o buddyzmie i zyciu nowicjusza. I Tajlandii w ogole. I znowu sobie mysle, ze religie Wschodu cos tam takiego w sobie maja, czego nam troche brakuje. Probujemy dopytac o Birme, ale chyba nie bardzo chca tu o tym rozmawiac. Granica blisko.
Klopot z powrotem mamy juz wiekszy, kompletnie nie mamy pojecia, gdzie bylysmy, gdzie jestesmy, ani gdzie mieszkamy (nadal twierdze, ze to nasza podroznicza nonszalancja, a nie glupota). Ale ruch lewostronny na wiekszych ulicach juz prawie opanowany.
Okolica jest piekna, swiatynie niesamowite, znowu ten spokoj, buddyjskie sentencje na scianach itd. Troche przeszkadza tlum turystow i caly ten szal organizowanych atrakcji – od trekkingow, masazy, przez kursy gotowania az do kursow tajskiego boksu.
Plan filmow w restauracji obok nas: 20.00 – Prison Break, 22.00 – Desperate house wives etc.
Dlatego wlasnie, mimo ze tak tu blogo i uroczo, jutro uciekamy dalej na polnoc. Mamy zamiar objechac na motorach tzw. Zloty Trojkat – tereny przygraniczne Tajlandii, Laosu i Birmy. Tam podobno pieknie, dziko i pusto.
Nie wiem w zwiazku z tym, czy odezwiemy sie w ciagu tych kilku dni, ale na pewno niedlugo.
chrzczona
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
5 komentarzy:
Kurcze macie bosko ;)
Swoją drogą ciekawa opcja z tym Raciborzem - jakiś wysyp kochanków imigrantów tam musiał być ;) - dawno temu w San Francisco amerykańska korporacyjna koleżanka powitała nas szczebioczącym 'tschesc' i jak sie okazało miała przez dłużdzy czas faceta z R. ;)
Kobiety na motory!!! - wrocicie to nauczycie wruuu jak sie poprawnie na maszynie wymiata ;)
Podoba mi się Twój styl,
Całuję was, kochane,
sąsiad.
elo, ja Was bardzo prosze w imieniu Waszych rodzin oraz znajomych z inklinacja do histerii - bierzcie moze ze soba jednak te mapy!!! jezeli chodzi o motory to juz nawet nie skomentuje zeby nie wyjsc na totalnego gryzipiorka ale wiecie co o tym sadze...
ciesze sie ze Wam sie podoba i bardzo zazdroszcze/ Wasz korporacyjnie udupiony na assessmentach tzn. grzesiek (nie wiem czemu mnie podpisuje bartlomiej ale trudno)
ej, chrzczona, kupilam sobie dzisiaj fajną książkę pt "Kupa". Spodoba ci się. Jak wrócisz to ci pożycze. (to taka zachęta żebyś nie osiadła tam na stałe) Pozdrawiam pozostałe dwie baby.
aha, zawsze chcialam pogłaskac takiego małego mnicha po głowie, jak jakiegoś dorwiecie jeszcze to go pogłaszczcie ode mnie.a sąsiad niech na kram przyjdzie, będzie wymianka jedzeniowa. ty wróbel też wpadaj:)
Prześlij komentarz