Zlosliwych komentatorow i innych zatroskanych przepraszamy za czasowe wstrzymanie dzialalnosci na blogu. Prosze zrozumiec, ze to sa nasze wakacje. Niemniej usiadlysmy dzis z Kucza i postanowilysmy strescic ostatni tydzien wyjazdu - wybaczcie grafomanstwo, ale sie spieszymy (ladowanie zdjec trwa strasznie dlugo).
Tu jeszcze dawno obiecane dzienniki motocyklowe:
Dzien pierwszy:
Dzien pierwszy:
Zaczynamy od kupna mapy, wizyty w informacji turystycznej i wykreslenia z mapy wszystkich miejsc, gdzie jezdza wycieczki turystow. Potem wypozyczenie motorow. Przekonujemy pania w wypozyczalni, ze w Europie to jest w zasadzie nasz podstawowy srodek lokomocji, urodzilysmy sie na motorach itp. Nasze oszustwo szybko wychodzi na jaw, kiedy Anka probuje bezskutecznie ruszyc z miejsca. Po czterokrotnej demonstracji laduje na scianie, razem z wlascicielka wypozyczalni zreszta, ktora zaczyna tracic cierpliwosc. Nie wiem, co dziala - wytlumaczenie, ze w Europie motory inaczej wygladaja, czy po prostu nasze dolary, w kazdym razie w koncu jakos odjezdzamy, zegnane przez grobowe "Good luck" wszystkich obecnych.
Zeby wyjechac z miasta trzeba dwa razy skrecic w prawo (lewostronny ruch - przypominam). Pierwszy wypadek - Anka, na skrzyzowaniu. Nic strasznie powaznego. Na poczatku nie wiecej niz 20 - 30 km na godzine. Ale jedziemy. Krajobrazy przepiekne, kompletny brak turystow. Stanowimy lokalna atrakcje, gdziekolwiek sie nie pojawimy. Jakos mi to bardziej odpowiada, nie ma tego okropnego uczucia zoo-cepelii - my sie przygladamy, ale miejscowi nam tez. Jest sprawiedliwie.
Po poludniu leje deszcz, nie spodziewalysmy sie tego, jestesmy bez kurtek, wieczorem jest juz bardzo zimno. Jest ciemno, gdy docieramy do miasta przy granicy z Birma i Laosem. Drugi wypadek - probuje zawrocic na drodze, prowadzac motor lapie za gaz - motor jedzie dalej sam, uderza w budynek, slychac tylko brzek szkla. Jestem pewna, ze to juz koniec wyprawy, ale nie - tylko lusterko. Nocujemy w hostelu, ktory lata swietnosci ma juz dawno za soba. Ale za to pyszna kolacja - w miejscowym comedore, dostajemy wlasny grillo-garnek i do tego surowe mieso, warzywa, owoce morza....
Dzien drugi
Ruszamy wczesnie. Kupuje drugie lusterko. Probuje znalezc lekarza, bo dostalam uczulenia na doksycykline. Bezskutecznie. Odstawiam leki na malarie, trudno. Docieramy do miejsca, gdzie spotykaja sie trzy rzeki i trzy panstwa - Birma, Laos i Tajlandia. Wrazenie robi bardziej swiadomosc geograficzno-polityczna niz widok sam w sobie. Znow pojawiaja sie tlumy turystow i akcenty z krainy groteski. W Golden Triangle (bo tak nazywa sie splot trzech panstw) nie moze przeciez zabraknac swiatyni, a tam posagu "Happy Buddy", z ktorego brzucha wychodza dwie szyny i pna sie kilka metrow w gore. Na ich koncu znajduje sie drabinka i tuby wchodzace w paszcze lwow. Nalezy wrzucic do tuby monete wypowiadajac zyczenie, ta wpada w paszcze lwa i szynami z predkoscia, ktorej pozazdrosciloby jej TGV wpada w brzuch usmiechnietego grubasa. Tak - to moze przyniesc jedynie szczescie.
Dzien trzeci
Wstajemy przed 6, zeby zdazyc dojechac na ceremonie. Docieramy akurat na czas (glownie dzieki temu, ze kolezanka Biernat - lider peletonu odwazyla sie na 65 km/h - brawo Ania!). Wszedzie na swiecie duchownych utrzymuja wierni - buddyzm ma swoja wersje dawania na tace, zdecydowanie bardziej wdzieczna. Kazdego ranka wierni przynosza do swiatyn jedzenie dla mnichow, jesli wstanie sie odpowiednio wczesnie rano mozna zobaczyc mnichow zmierzajacych w strone swiatyn z miskami w dloniach.
Opat blogoslawi zebranych, wyglasza kazanie. Wszyscy spiewaja. Jestesmy jedynymi bialymi, "siostra przelozona" mowi, ze duzo ich tu jeszcze nie przyjezdza. Glownie miejscowi, ktorzy wierza, ze mnich - byly bokser ma wyjatkowa moc. Niestety obawiam sie, ze za kilka lat ta gora stanie sie tylko kolejnym punktem programu dwudniowej wycieczki po okolicy, upchnieta gdzies miedzy jazde na sloniu a wizyte w "prawdziwej wiosce u lokalnej spolecznosci".
Po ceremonii mnisi ida na sniadanie, potem nowicjusze (to ci najmniejsi na zdjeciu) maja lekcje w zbudowanym na te potrzeby szalasie szkolnym, a starsi pracuja. My spedzamy czas z "szefowa" i jej siostra, ktora przyjechala w odwiedziny. "Siostra przelozona" nie jest co prawda mniszka (w Tajlandii ich nie ma), ale jest w niej zdecydowanie cos z zakonnicy - spokoj, blogi usmiech i zapach formaliny. O sobie mowi malo - tylko to, ze przyjechala tu trzy lata temu medytowac i juz zostala. Za to wiecej historii, w samych superlatywach, slyszymy o opacie - o tym, jak 17 lat temu pewien bokser postanowil zostac mnichem i zalozyl konny zakon. Opat jest tu otaczany czcia niemal jak bostwo. Choc to chyba u Tajow normalne - portrety krola wisza we wszystkich swiatyniach, z duma podkresla sie, ze krol tez byl mnichem (dopiero potem, w nawiasie kwadratowym, polgebkiem i mimochodem, nasi rozmowcy dodaja, ze wladca wytrwal w nowicjacie przez 15 dni!!!)
Siostry zabieraja nas na wzgorze ze swiatynia i jaskinia medytacji. Po drodze ogladamy konie. W klatkach trzymane sa koguty, czczone w Kambodzy, urzadza im sie tu walki . "W poprzednich wcieleniach byly wojownikami, dlatego teraz tak lubia walczyc" - tlumaczy przelozona. Buddyzm jest bardziej praktyczna religia niz nasza, pozwala znalezc na wszystko dobre wytlumaczenie. Jaka ulge przynosi na przyklad twierdzenie, ze z wszystkim zlym, co spotka nas w zyciu, my sami nie mamy nic wspolnego, to placenie za winy naszych poprzednich wcielen. Albo ze aby byc dobrym czlowiekiem, najpierw trzeba sie jednak najesc etc., bo inaczej nic z tego nie bedzie - piramida Maslowa po prostu.
Z gory roztacza sie widok na przeciwlegle wzgorze i "zabudowania klasztorne" (klasztor jest nie do konca adekwatna nazwa, mnisi spia w szalasach). Slychac spiewy mnichow. Swiatynia jest dosc groteskowa - obok zlotych figur Buddy, umieszczone zostaly naturalnej wielkosci, jaskrawo pomalowane rzezby bokserow. Jest tez jaskinia, gdzie uczymy sie medytowac.
Tego ostatniego dnia jedziemy wyzej w gory. Ja zaliczam swoj drugi wypadek, znowu przy zawracaniu, drugi raz lewe lusterko skasowane. Potem, juz bez problemu, dumnie wjezdzamy do miasta autostrada. Moj i Anki poobijany skuter oddajemy, o dziwo, bez problemu. Kucza miala niestety nowiutki skuter, na punkcie ktorego wlasciciel mial bzika i po dlugim targowaniu sie, musi oddac pieniadze za karoserie.
Nastepnego dnia juz do Bangkoku, noc spedzamy tam na dworcu autobusowym i po kilku godzinach w nastepnym autobusie ladujemy w Kambodzy.
Ale o tym juz w nastepnym odcinku.
chrzczona + qczi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz